Moje ważne lektury

Ponieważ zostałem już dwukrotnie (najpierw przez Cypriana Sajnę, a potem przez  Katarzynę Dominikę Bratkowską – a synowej się nie odmawia) „nominowany” do wzięcia udziału w grze, która szerzy się ostatnio na facebooku: „Podaj swoich 10 najważniejszych lektur” (czy coś w tym rodzaju), więc bardzo proszę, podaję, i to z komentarzami:

1) Hermann Hesse – „Narcyz i Złotousty”. Jedna z kilku powieści Hessego, którą przeczytałem w szkole średniej, w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych. Były to wspólne lektury całego szerszego grona moich kolegów szkolnych. Dla mnie ta właśnie powieść – a nie na przykład „Wilk stepowy” – była najważniejsza. Chyba dlatego, że w ramach występującego tam przeciwieństwa ascetycznego Narcyza i oddającego się rozkoszom seksualnym Złotoustego identyfikowałem się do pewnego stopnia z Narcyzem, a Złotoustego rozpoznawałem w swoim przyjacielu, Dominiku, który jednak ze swej strony żadnej takiej różnicy między nami nie widział, uważając, że obaj po równo jesteśmy świntuchami. Późniejsze lektury Hessego, z początku lat dziewięćdziesiątych – „Podróż na wschód” i „Gra szklanych paciorków” – też były ważne, ale nie mogły na mnie w żaden sposób wpłynąć, ponieważ byłem już wtedy w trakcie własnej „podróży na wschód”, a coś w rodzaju gry szklanej paciorków było moim własnym programem intelektualnym, do którego doszedłem niezależnie od Hessego. O, teraz zwróciłem uwagę, że Hermann Hesse to Herm … es.

2) Tomasz Mann – „Doktor Faustus”. Lektura z czwartego roku studiów filozoficznych, dyskutowana w ramach seminarium profesora Baczki. Pamiętam ją znacznie lepiej niż „Narcyza i Złotoustego”, po którym pozostało mi tylko ogólne wrażenie. Z pary głównych postaci (kompozytor Adrian Leverkühn, który zawarł pakt z diabłem, i narrator, poczciwy humanista Serenus Zeitblom) bardziej się utożsamiałem z tym pierwszym, ale idea programowo nieludzkiej dodekafonii jest dla mnie – jako miłośnika Mozarta – głupia i zdecydowanie wstrętna. Z dwóch najważniejszych powieści o muzyce, jakimi są właśnie „Doktor Faustus” i wspomniana wcześniej „Gra szklanych paciorków”, większą wartość artystyczną ma niewątpliwie powieść Tomasza Manna, ale sposób myślenia o muzyce z „Gry szklanych paciorków” zdecydowanie bardziej do mnie przemawia.

3) Fryderyk Nietzsche – „Poza dobrem i złem”. Też lektura z okresu studiów (III rok). Właściwie całkowicie popieram Nietzschego w jego aksjologicznej polemice z chrześcijaństwem. Ciekawe, że w/w powieść Manna wykorzystuje istotne elementy z biografii Nietzschego, co znaczy, że obracam się w swych ważnych lekturach w dość określonym kręgu.

4) Karol Marks – „Rękopisy ekonomiczno-filozoficzne z roku 1844”. Też lektura z III roku studiów. Prawdopodobnie zanim zostałem heglistą, byłem marksistą, ale w takiej lekkiej, młodoheglowskiej wersji.

5) Georg Wilhelm Friedrich Hegel – „Fenomenologia ducha”. Absolutnie najważniejsza lektura, która zmiotła od razu i na zawsze z mojego horyzontu filozoficznego wszystkie inne dzieła filozoficzne, wcześniejsze i późniejsze (nie licząc, oczywiście, innych dzieł Hegla). Lektura ekstremalnie trudna, stawiająca wielki opór, ale nawet przy częściowym rozumieniu – powalająca. Dzisiaj rozumiem tekst Hegla w 100%, a może nawet w 120%. Ale zajęło mi to ze 30lat, zanim sam stałem się Heglem i mogę o wszystkim mówić tyleż w jego, co w swoim własnym imieniu. Zaprogramowałem sobie swoją myślącą głowę, zmagając się z lekturą Hegla, nawiasem mówiąc całkowicie samodzielną. Z programu studiów filozoficznych Hegel po prostu wypadł (wykłady na II roku skończyły się na Kancie, a na III roku zaczęły się od razu od Marksa). Zacząłem więc czytać Hegla dopiero po skończeniu studiów (w 1969 roku).

6) Alfred Einstein – Mozart. Chodzi tu nie tyle o samą książkę, co o jej interakcję z muzyką Mozarta, którą przez całe lata siedemdziesiąte wchłaniałem (z płyt) w mega dawkach – pierwszym utworem, który mnie powalił, był koncert fortepianowy d-moll (KV 466). Do tego pakietu należy koniecznie dodać film Formana „Amadeusz”, po którego obejrzeniu niektórzy moi znajomi zrozumieli dopiero, „co ja mam z tym Mozartem”. Muzyka Mozarta jest drugim obok Hegla filarem mojego ducha. Uporządkowała mi go ona i nastroiła.

7) Leszek Weres, Rafał Prinke – „Mandala życia”. Lektura z roku 1984, która sprawiła, że momentalnie zostałem astrologiem. Od razu popłynęło w ten kanał tyle energii umysłowej, że po prostu nie miałem nic do gadania. Los, przeznaczenie.

8) Elżbieta Nowalska – „Ziemia w oczach zaświatów”. Jest to channeling z roku 1994. Uczestniczyłem w powstawaniu tej książki w dwojaki sposób:  biorąc udział w sesjach pisania automatycznego (a to również znaczy: poddając się wpływowi zaświatowej Energii, która nazwała siebie Wojtkiem, i innych podobnych energii) oraz redagując tekst książki. To był drugi istotny krok w kierunku ezoteryki (po zajęciu się astrologią).

9) Jakob Böhme – „Sześć punktów teozoficznych”. Tytuł rozprawki jest przykładowy (bo ten właśnie tekst później przełożyłem i wydałem w roku 2013) – chodzi w ogóle o różne teksty Böhmego, studiowane w oryginale pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Böhme okazał się faktycznym ogniwem łączącym Hegla z ezoteryką, co ma oczywiście dla mnie bardzo istotne znaczenie ze względu na mój własny skręt od Hegla w tę stronę.

10. L. Ron Hubbard – „Dianetyka”. Lektura z roku 2002. Pozycja ważna ze względu na to, że sam zostałem audytorem, tzn. terapeutą stosującym w praktyce metodę Hubbarda, dzięki czemu mogę się wypowiadać na jej temat na podstawie własnego doświadczenia. Poza dianetyką zapoznałem się również w ogólnym zarysie ze scjentologią – i wiele jej twierdzeń podzielam.

11. Karl Gustav Jung – „Septem Sermones ad Mortuos”. To gnostyckie objawienie, które spłynęło na Junga, uważam za głębsze od jego własnej późniejszej teorii, którą też sobie cenię i wybiórczo stosuję we własnej pracy intelektualnej. Komentarzom do tego tekstu poświęciłem siedem wykładów w warszawskim Klubie Gnosis na początku XXI wieku.

12. „Objawienie świętego Jana” („Apokalipsa”). Trudno nie uznać za ważną lekturę tekst, który musiałem przestudiować i zinterpretować, żeby stworzyć „Tarot Apokalipsy”. „Apokalipsa” należy do serii tekstów trudnych, które najwyraźniej zajmują bardzo ważną rolę w moim życiu intelektualnym: Hegel, Böhme, Septem Sermones ad Mortuos, Apokalipsa… Znaczenie tej pozycji jest również takie, że, po uprzednim przejściu od filozofii do ezoteryki, wraz z „Apokalipsą” wtargnąłem bezczelnie na teren kanonicznych tekstów religii chrześcijańskiej, z którą mam skądinąd na pieńku.

Trzynastą pozycję zostawiam sobie na dalsze lata życia. Żeby jednak nie było, że nie czytam poezji, nadmienię, że z tego, co przeczytałem, najbardziej lubię „Pana Błyszczyńskiego” Leśmiana i „Chryzostoma Bulwiecia podróż do Ciemnogrodu” Gałczyńskiego. Gdybym zaś miał wymienić jakiegoś poetę nie polskiego, to byłby to zapewne Rainer Maria Rilke. Fakty mówią same za siebie: w podanym zestawie roi się od postaci z niemieckiego obszaru językowego. Nie spodziewałem się, że aż tak.

Do podania własnych lektur nominuję Marię Poziomską, a to z tego względu, że może ona swoje wypracowanie na ten temat potraktować jako kolejny wpis na swoim blogu i dzięki temu nie zżymać się, że ktoś jej zawraca głowę głupotami.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s