Nie mam wyboru, jestem lewakiem, …

…uprawiam lewacką dialektykę i popieram Rewolucyjny Amatorski Front Operowy.

W języku współczesnej polskiej debaty publicznej ogromne obszary rzeczywistości (a właściwie nawet wszystko) to „lewactwo”. Lewacka jest Francja, lewackie są Niemcy, lewacka jest w ogóle cała Unia Europejska. Ja też, oczywiście, jestem z gruntu lewacki, i to bez względu na to, czy tłumaczę Hegla, czy czytam „Gazetę Wyborczą”, czy też w ogóle cokolwiek czytam. A skoro tak, to postanowiłem już na całego unurzać się w lewactwie i byłem wczoraj na drugim już przedstawieniu „Rewolucyjnego Amatorskiego Frontu Operowego”, który zaprezentował wybór pieśni ze słynnej koreańskiej opery „Morze krwi”, połączonych ogólnym zarysem akcji w postaci krótkich kwestii mówionych pomiędzy pieśniami.

Pierwsze przedstawienie, pod koniec czerwca, o którym też napisałem, było skandalem politycznym i zostało zdecydowanie potępione przez Demokratyczną Lewicę i Zielonych, którzy również przecież są lewaccy. Jest to najlepszy dowód absolutnej lewackości tego, w czym postanowiłem się unurzać.

Wszystko sprzysięgło się przeciw temu przedstawieniu. Wysiadły jakieś transformatory, trzeba więc było przenieść przedstawienie na świeże powietrze, w wyniku czego jedno pianino zostało uszkodzone, a drugie się rozstroiło. Ale właściwie nie wszystko się sprzysięgło, bo dopisała pogoda. Od dawna zresztą mówię, że pogoda jest po lewicowej stronie: zawsze jest piękna na 1 maja, a paskudna w Boże Narodzenie i na Wielkanoc.

Ale przedstawienie się odbyło – na Wilczej 30 w Warszawie, w ramach Tygodnia Wydarzeń w Syrenie. O ile przy pierwszym przedstawieniu bardziej wyeksponowany był wątek feministyczny, jako że wkomponowane było ono w turniej młodych piłkarek i to one głównie zasiadły na widowni i biły z przekonaniem brawa, o tyle to wczorajsze wpisywało się w kontekst klasowo-rewolucyjny. Syrena jest ugrupowaniem bardzo wpływowym na lewicy, a w konflikcie z przełomu czerwca i lipca stanęła zdecydowanie po stronie Rewolucyjnego Amatorskiego Frontu Operowego i od niedawna ma nawet swoich przedstawicieli w zespole. Obecnie walczy z władzami miasta, które chcą sprywatyzować kamienicę przy Wilczej 30, a lokatorów wyeksmitować. W najbliższą środę ma się tam zjawić komornik wraz z ewentualnymi nabywcami, a w piątek w Sądzie przy Marszałkowskiej 82 ma się odbyć licytacja. Syrena organizuje z tej okazji liczne akcje pod hasłami SYRENA ZNACZY WALKA i SYRENA ZOSTAJE.

Poza tym w porównaniu z poprzednim przedstawieniem zmieniły się dwie rzeczy. Po pierwsze, śpiewakom oprócz pianisty akompaniowała flecistka, a po drugie, wybór pieśni został rozszerzony – doszły wątki spirytystyczne: koreańskie rewolucjonistki w specjalnym tajemnym miejscu kontaktują się z duchem poległej w boju towarzyszki.

Przedstawienie zostało przyjęte z aplauzem, wręcz entuzjastycznie. Publiczność domagała się bisów, a na koniec – odśpiewania pieśni rewolucyjnych, już nie koreańskich. Wszyscy razem, artyści wraz z publicznością, odśpiewali „Międzynarodówkę”, a następnie „Marsz, marsz, Warszawo”. Potężny powiew ducha rewolucyjnego poczuli na plecach wszyscy bez wyjątku. Mój plan unurzania się w lewactwie powiódł się w 120%.

A teraz dla kontrastu trochę o drugiej, dość plugawej stronie rzeczywistości – pod hasłem: „Przeginacie prawicowo-klerykalne gnidy i wpychacie mnie coraz bardziej w objęcia rewolucyjnego lewactwa”. Otóż dzieją się ostatnio rzeczy dziwne, tak dziwne, że przestaję już chwilami rozumieć rzeczywistość.

Na przykład sprawa profesora Hartmana (wypowiedziałem się już raz w jego sprawie), który w rozmowie z jakimś redaktorem wyjaśnia, że całą aferę wokół jego wpisu na blogu rozpętali jego wrogowie z Twojego Ruchu. To rozumiem, w polityce toczy się zawsze walka o wpływy w partii, a kogoś, kto się nadmiernie zaczyna wybijać, konkurenci i przywódca tną bezlitośnie. Kiedy jednak Hartman stwierdza, że mimo wszystko, jako człowiek o lewicowych poglądach, życzy Twojemu Ruchowi wszystkiego najlepszego i rozumie decyzję Janusza Palikota o wywaleniu go z partii (dla dobra tej partii?), to ja już przestaję rozumieć. Zgodnie z tym, jak ja rozumiem decyzję Palikota, musiałbym bowiem stwierdzić, że życzę Twojemu Ruchowi i osobiście Januszowi Palikotowi wszystkiego najgorszego – za podważanie prawa do wolnej debaty publicznej i chęć przypodobania się bezmyślnemu kołtunowi polskiemu. A następnie rzucić Palikotowi ciężkie oskarżenia o podszywanie się pod lewicę z intencją jej skompromitowania – oskarżenia, które zresztą od początku były pod jego adresem wysuwane, a teraz się w sposób spektakularny potwierdziły. Palikot ma oczywiście święte prawo robić w swojej partii, co mu się podoba, ale ja też mam prawo życzyć mu tego, czego mu życzę, i to bynajmniej nie pod wpływem emocji, ale po (niedługiej) chwili namysłu.

W ważnym meczu piłkarskim Polska wygrała 2:0 z Niemcami. Podobno (meczu nie oglądałem) po beznadziejnej grze – za sprawą nieprawdopodobnego fartu. I to podkopuje dodatkowo moją mocno już zachwianą wiarę w racjonalny porządek rzeczywistości. To chyba jakiś znak z nieba, że absurd się nasila. Piłka nożna, brrr – w polskim wydaniu to od dłuższego już czasu głównie gniazdo korupcji i beznadziei. I oto ta nasza polska nędza kompletna w glorii zwycięstwa nad aktualnymi mistrzami świata! Dlaczego mnie to przygnębia? Bo kojarzy mi się ze spektakularnymi triumfami polskiego Kościoła, o którym myślę źle, a nawet jeszcze gorzej.

Bo co mam myśleć o biskupach, którzy zajęli się elementarzem i karcą ministerstwo edukacji, że jest tam za dużo krasnoludków, a za mało wartości chrześcijańskich? To już nie wystarczają lekcje religii, począwszy od przedszkola? Teraz Kościół chce już przejąć nauczanie języka polskiego, począwszy od nauki literek?

W tym kontekście stwierdzenie z orędzia kardynała Stanisława Dziwisza (w telewizji publicznej TV1 !), że „Kościół w Polsce nie chce panować” oznacza, zgodnie z regułami rozumienia języka dyplomatycznego, chyba jedynie to, że już panuje.

Arcybiskup Sławoj Leszek Głódź zachorował. Ofiarowuje swoje cierpienie czemuś tam lub komuś i prosi wiernych o modlitwę za swoje wyzdrowienie. A ja czuję się dobrze i – jeśli mam być szczery – wcale mu tego wyzdrowienia nie życzę. I tu powstaje pytanie: Dlaczego „dobrym” ludziom przytrafiają się złe rzeczy, a „złym” ludziom nie? Pytanie to stanęło podczas dyskusji pod postem pierwszego egzorcysty Rzeczypospolitej, księdza profesora Aleksandra Posackiego, na temat głębokiego upadku Tomasza Terlikowskiego, który wystąpił w programie Kuby Wojewódzkiego, narażając tym samym zbawienie swej duszy i gorsząc maluczkich złym przykładem. Dołączył on tym samym – z racji swego niepohamowanego „parcia na szkło” – do księdza Adama Bonieckiego, który dał się sfotografować z Nergalem.

Ja oczywiście uważam, że wsadzanie do jednego worka jednego z nielicznych mądrych i godnych szacunku kapłanów katolickich z takim pajacem i oszołomem jak Terlikowski woła o pomstę do nieba, ale moi niedawni dyskutanci widzą sprawę inaczej, uważając że z dwojga złego gorszy jest w tej sprawie Adam Boniecki, bo od księdza należy wymagać jednak więcej niż od świeckiego.

Ale wracając do pytania. Odpowiedź padła natychmiast, a była skierowana personalnie do mnie: Źli ludzie często są „chronieni” przez szatana. I ktoś dodał jeszcze: blichtr kusi widocznie bardziej niż ciche dobro…

Odpowiedziałem: Właśnie Marcin Skoczek zademonstrował powyżej to „ciche dobro” katolickie, nazywając swoich oponentów, którym z różnych względów niezbyt się podoba katolicki fundamentalizm, „cieniasami” i „cymbałami”.

Skoczek odpowiedział: Oczywiście, ludzi określających się miłośnikami szatana z własnej wolnej woli nazywam jeszcze gorzej! Zło nazywam po imieniu. I przestań tak się gorszyć, hipokryto. To jest już wojna i nie ma wybacz. A twoje skomlenie budzi we mnie obrzydzenie.

Trzeba było jeszcze dowieść, że jestem nie tylko hipokrytą, ale także cieniasem i cymbałem. W sukurs przyszedł Bogusław Gnatkowski: Tak tylko dla przypomnienia. Panie Światosławie, już wiele razy Pan „błyszczał” swoją znajomością ewangelii. I to, że Pan tak się szczyci swoją „znajomością” ewangelii, to już gruuuuba przesada Nic dziwnego, że coś Panu nie pasuje.

Odpowiedziałem: Tak, przypominam sobie, że twierdziłem, iż w Ewangelii mowa jest o niesprzeciwianiu się złu i nastawianiu drugiego policzka. Pierwsza reakcja była taka, że to bzdura, że niczego takiego nie ma w Ewangelii. A kiedy zacytowałem, usłyszałem, że wyrywam z kontekstu i że prawdziwa myśl jest taka, że należy bliźniego swego walić w mordę i dlatego właśnie chrześcijaństwo jest religią miłości. Dla jasności: ja nie twierdzę, że należy nastawiać drugi policzek, tylko że tak jest napisane w jednej z ewangelii. I nie twierdzę, że nie ma w niej zdań, które mówią coś wręcz przeciwnego.

Tu włączył się do dyskusji Robert Steuer: Tak dla jasności. Oczywistym jest, że fragment o nastawianiu drugiego policzka nie ma nic wspólnego z tym, aby nie przeciwstawiać się złu.

Więc ja na to: Mateusz 5,39: „A ja wam powiadam: Nie sprzeciwiajcie się złemu, a jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi.” Nic wspólnego, kompletnie nic??

Odpowiedź była łatwa do przewidzenia: Rzucanie cytatami daleko pana nie zaprowadzi, bo ja mogę też cytować Pismo Święte. Ale takie wyrywki z kontekstu nic nie dają, proszę wierzyć. KŁOPOTY ZE ZROZUMIENIEM MORALNOŚCI EWANGELICZNEJ. A Bogusław Gnatkowski dodał: Oj, kręcijasz ze Światosława, kręcijasz.

To piękne określenie „kręcijasz” ma zapewne związek z innym mocnym sformułowaniem, które również padło w tej dyskusji: „lewacka dialektyka”, a użył go Marcin Skoczek: Na tym ezoterycznym profilu tzw. Ojca Posackiego można z powodzeniem śledzić specyficzną lewacką dialektykę. Warto obserwować.

Zapewne to ja i inni do mnie podobni uprawiamy tę „lewacką dialektykę”. Nie mam zamiaru się od tego odżegnywać. Faktycznie, uprawiam dialektykę i jestem lewakiem. Dialektykę lubi też ksiądz Adam Boniecki, dla którego nic nie jest takie proste i jednoznaczne. Słyszałem, jak wyjaśniał ostatnio sens wersetu (Mateusz 5, 37): „Niechaj więc mowa wasza będzie: Tak – tak, nie – nie, bo co ponadto jest, to jest od złego.” (Mateusz 5, 37), zwracając uwagę na kontekst, na to, że chodzi w tym zdaniu tylko o to, żeby nie wymieniać imienia Pana Boga nadaremno, żeby nie przysięgać na Boga, tylko po prostu mówić prawdę, ręcząc za nią własną osobą. Sprawa więc dotyczy nie tyle prawdy, co prawdomówności.

Pamiętam też, co odpowiedziałem w szkole poloniście klerykałowi, który mnie szykanował, na pytanie (w związku z wierszem Norwida), co to za ludzie, „co mają tak za tak, nie za nie, bez światłocienia”? – Prostacy, panie profesorze, odpowiedziałem bezczelnie, bez żadnego szacunku dla jego siwych włosów. I tak mi zostało, uprawiam lewacką dialektykę. Ale czyż księża też tego nie muszą robić, żeby pogodzić liczne pozorne lub rzeczywiste sprzeczności w Piśmie Świętym a wszystko razem z nauką Kościoła?

Jaki z tego wszystkiego wniosek? Katoliccy fundamentaliści nie chcą z nami współistnieć, nie mówiąc już o nastawianiu drugiego policzka. Chcą się z nami rozprawić. Ktoś może powiedzieć, że to margines, którego nie należy brać serio. Ale sęk w tym, że tak brzmi również głos hierarchii kościelnej, a to już nie jest margines, zwłaszcza w aspekcie wpływu na rzeczywistość społeczną i polityczną. A umiarkowanych i ludzkich kapłanów w swoich szeregach Kościół szykanuje i marginalizuje. Tak zwana „lewica” daje dupy i „robi laskę” klerykałom i neoliberałom. Trudno, trzeba się na stare lata zradykalizować. Niech żyje Rewolucyjny Amatorski Front Operowy!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s