Sol et Luna w Tarabuku

Magiczny grudniowy czas przedświąteczny tego roku upływa nam pod znakiem wydarzeń kulturalnych. 11 grudnia w Pin Up Cafe (Smolna 36) odbył się wernisaż wystawy malarstwa mojej małżonki, Magdaleny Walulik, zorganizowanej przez galerię Sztuka dla Sztuki, prowadzoną przez Ewę Białas-Iwan.

A 13 grudnia w Tarabuku (Browarna 6) uczestniczyliśmy z Magdaleną w koncercie Mieczysława Litwińskiego i Zuzanny Saby Krasoczko.

Przed koncertem
Przed koncertem: Ja rozmawiam z Sabą Krasoczko, po lewej organizator z ramieni Gaja Mater, Kacper Pilarski-Sokołowski
Moje refleksje czy też odczucia z wczorajszego koncertu sprowadziłbym do dwóch głównych punktów. Po pierwsze, z perspektywy klasycznej muzyki z Mozartem na czele, której najczęściej słucham, muzykę Mieczysława Litwińskiego odbierałem jako powrót do źródła. Słuchając, miałem wrażenie, że w jakimś tyglu bulgocze nieustannie niski podstawowy dźwięk jako taki, z którego strzelają w górę jego własne tony harmoniczne, układając się w dwie linie melodyczne, wydobywające się z ust Mieczysława i Saby. Na samym dole był ten bulgoczący tygiel, a śpiew Saby, wspierając się na śpiewie Mieczysława, unosił się najwyżej. Już sama ta formalna struktura muzyczna jest jakby wyrazem ezoterycznej idei, że nasz ziemski świat znajduje się pośrodku – pomiędzy głębią świata podziemnego a niebem na wysokościach. I w takim układzie fakt, że muzykę tę komponuje Mieczysław, a nie Saba, pokazuje w symboliczny sposób arcyważną rolę tego pośredniego świata, w którym właśnie ciemny podziemny bulgot przetwarzany jest w świetliste, czyste formy unoszące się do nieba.

Mieczysław z Sabą

Sol et Luna: Mieczysław Litwiński i Saba Krasoczko
Narzuca się tu w naturalny sposób skojarzenie z „kulturą głęboką i wysoką”, przeciwstawioną dominującej w naszym współczesnym świecie kulturze „płaskiej”, trywialnej, odciętej od dołu i góry, nieaspirującej do roli innej formy wyrazu dla treści, które skądinąd są, czy też były, domeną religii i filozofii. To, że twórczość Mieczysława Liwińskiego świadomie tę rolę podejmuje, jest całkowicie oczywiste, zważywszy, do jakich tekstów komponuje on swoją muzykę (Rumi, Anioł Ślązak, Apollonios z Tyany itp.).

Druga sprawa to święta dwójnia mężczyzny i kobiety, zademonstrowana na koncercie przez parę wykonawców. Miała ona również aspekt pozamuzyczny – jako coś widocznego dla oczu. Porozumienie bez słów, wyraz spełnienia malującego się na ich twarzach, miłosne spoglądanie jednego na drugie – piękny, budujący widok, zwłaszcza przy świadomości, na jak wysokim poziomie duchowym, czy też, dokładniej mówiąc, artystycznym ten związek się manifestuje podczas koncertu. Przejawia się w tym odwieczna idea, że kobieta i mężczyzna to podstawowa komórka nie tylko w sensie biologiczno-reprodukcyjnym, ale też w pracy duchowej, idea, która w naszej zdegenerowanej cywilizacji musi być przywrócona.

02_High Priestess EN_PLKapłanka z „Tarota Apokalipsy”

Sol et Luna, Słońce i Księżyc – wiele by można powiedzieć o tej podstawowej parze archetypów pierwiastka męskiego i żeńskiego. Dając wyraz moim wrażeniom w tym względzie z wczorajszego koncertu, ograniczę się do komentarza odwołującego się do symboliki tarota. Mieczysław-Słońce to wielki arkan I Mag, a Saba-Księżyc to wielki arkan II Kapłanka. W moim „Tarocie Apokalipsy” na karcie Kapłanka widoczny jest również i Mag w prawym dolnym narożniku. I pokazane jest na niej, o co chodzi w tym stereotypie, zgodnie z którym Księżyc świeci jakoby „tylko” światłem odbitym, podczas gdy źródłem światła jest Słońce. Odbijająca światło księżycowa Kapłanka jest zwierciadłem wieczności, zwierciadłem, w którym coś widać, podczas gdy w czystym świetle słonecznym nie widać nic. Gdyby odnieść wizerunek z karty do tego, co napisałem powyżej, to rozwarta paszcza z zębami byłaby otchłanią świata podziemnego, czyli owego burdonowego bulgoczącego tygla, a bardziej określona muzyka miałaby swój odpowiednik w obrazie w zwierciadle Kapłanki-Saby, powstającym za sprawą świetlistej emanacji słonecznej jaźni Maga-Mieczysława.

Bilety

Na wczorajszym koncercie spotkałem kilka osób, znanych w pewnych kręgach. Zaraz przy wejściu natrafiłem na profesora Seweryna Blandziego, filologa klasycznego i filozofa. Kiedyś razem chcieliśmy wylansować na gruncie polskim wielkiego Proklosa, stanowiącego zwieńczenie całej greckiej filozofii antycznej. Spytał mnie, co aktualnie tłumaczę. Odpowiedziałem, że po wydanych w zeszłym roku „Sześciu punktach teozoficznych” Böhmego chwilowo nie zanosi się na to, żebym mógł się pochwalić czymś kolejnym tego kalibru, bo czasy nie sprzyjają kulturze wysokiej i głębokiej. Nieco dalej, przy stoliku z biletami, organizatorzy koncertu (a konkretnie Kacper Pilarski-Sokołowski), posadzili kompozytora Sebastiana Krajewskiego, który niedawno skończył swoją operę o katarach, a obecnie kompletuje zespół wykonawców. Ukazała się też właśnie jego płyta, zawierająca Concerti grossi, Oboe Concerto i Sieben Fragmente aus Michael Ende. A na samym środku sali siedział (nie sam, oczywiście), wielki znawca tarota, kabały i innych dziedzin, Jan Witold Suliga. Wojujemy czasem wspólnie na facebooku z toczącym krucjatę przeciw okultyzmowi księdzem profesorem Aleksandrem Posackim i jego zastępami. Wymieniliśmy pozdrowienia i uśmiechy.

Po koncercie

Po koncercie. Od lewej: Sebastian Krajewski, Światosław Nowicki i Mieczysław Litwiński

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s