Pobekiwanie owiec i milczenie pasterza

Duże zainteresowanie moim tekstem „Cudowna przemiana Ojca Posackiego, czyli idzie Nowe”, który po niedawnym udostępnieniu przez Jarka Zelnio uzyskał bardzo dużo polubień (w tym momencie 492) i wywołał ostrą dyskusję na facebooku, skłoniło mnie do rozwinięcia wątku, który został tam zaledwie zaznaczony – wątku pasterza i owiec z Księgi Zachariasza z odniesieniami do ewangelii. Przez pasterza rozumiem w tym wypadku Ojca Posackiego a przez owce – grono dyskutantów z jego facebookowego portalu społecznego, mocno zaniepokojone tym, co się obecnie dzieje z Ojcem, a zwłaszcza jego milczeniem. Natomiast w relacji Księga ZachariaszaNowy Testament pasterzem jest, oczywiście, Jezus Chrystus, a owcami jego uczniowie.

I dobrze będzie przyjrzeć się trochę dokładniej, co właściwie jest napisane na ten temat we wspomnianych księgach Pisma Świętego. Wiem wprawdzie, że przez wielu katolików wszystko, co powiem na ten temat, z góry będzie uznane za manipulację, mataczenie i mącenie ludziom w głowach, bo nie tłumaczę z „autorytetu Kościoła”, z natchnienia Duchem Świętym, lecz z podszeptu szatana, ale z pewnością znajdą się też tacy, którzy podejdą do sprawy bez takich uprzedzeń i podejmą rzeczową dyskusję.

Nowy Testament nawiązuje do Księgi Zachariasza wielorako. Szczególnie interesujące jest nawiązanie w Apokalipsie (11, 3-4) do wizji złotego świecznika i dwóch drzew oliwnych (4, 2-14), którą podejmuje przede wszystkim chrześcijaństwo ezoteryczne, tzn. raczej elitarne, bo też i Apokalipsa jest księgą zdecydowanie ezoteryczną. Natomiast występujące w ewangeliach aluzje do Księgi Zachariasza są, delikatnie mówiąc, mocno bulwersujące. I dobrze byłoby nie chować głowy w piasek, lecz odważnie skonfrontować się z tą sytuacją.
Czytamy u Mateusza (26, 31, podobnie Marek 14, 27): „Wtedy mówi do nich Jezus: Wy wszyscy zgorszycie się ze mnie tej nocy; napisano bowiem: Uderzę pasterza i będą rozproszone owce trzody.” Gdzie napisano? W Księdze Zachariasza 13, 7: „Ocknij się, mieczu, przeciwko mojemu pasterzowi i przeciwko mężowi – mojemu towarzyszowi! – mówi Pan Zastępów. – Uderz pasterza i będą rozproszone owce, ja zaś zwrócę swoją rękę przeciw maluczkim.”

Kolejne dwa wersety (13, 8-9) wyjaśniają, że Pan Zastępów nie lubi maluczkich, że są oni dla niego nieprzydatni: „I stanie się w całym kraju – mówi Pan: Dwie trzecie zginą i pomrą, a tylko trzecia część pozostanie z nim. Tę trzecią część wrzucę w ogień i będę ją wytapiał, jak się wytapia srebro, będę ją próbował, jak się próbuje złoto. Będzie wzywać mojego imienia i wysłucham ją. Ja powiem: Moim jest ludem, a ona odpowie: Pan jest moim Bogiem.” To wszystko jest raczej jasne: lud Boży trzeba odpowiednio ukształtować, żeby zadowolił Boga. W istocie stworzenie nie kończy się na „sześciu dniach” z pierwszego rozdziału Księgi Rodzaju, ale jego kontynuacją są dzieje ludu wybranego, opisane w Piśmie Świętym, których celem jest Nowe Jeruzalem.

Metafora złota w ogniu wypróbowanego pojawia się w Apokalipsie (roz. 3), w kontekście, który sugeruje całkiem inną niż obiegowa interpretację wygnania z Raju: „Ponieważ mówisz: Bogaty jestem i wzbogaciłem się, i niczego nie potrzebuję, a nie wiesz, żeś pożałowania godzien nędzarz i biedak, ślepy i goły, radzę ci, abyś nabył u mnie złota w ogniu wypróbowanego, abyś się wzbogacił i abyś przyodział szaty białe, aby nie wystąpiła na jaw haniebna nagość twoja, oraz maści, by nią namaścić oczy twoje, abyś przejrzał.” (Apokalipsa 3, 17-18). Czyż nie jest to nawiązanie do Księgi Rodzaju 3, 7: „Wtedy otworzyły się oczy im obojgu i poznali, że są nadzy”?  Z czego by wynikało, że werset 3, 16: „A tak żeś letni, a nie gorący ani zimny, wypluję cię z ust moich” określa mianem letniości stan niewinności w Raju, przeciwstawność gorąca i zimna występuje jako odpowiednik różnicy dobra i zła, którą Adam z Ewą poznali po skosztowaniu zakazanego owocu, a wyplucie z ust oznacza wygnanie z Raju, do czego można odnieść werset 3, 19: „Wszystkich, których miłuję, karcę i smagam.”

Wątek alchemicznej przemiany człowieka nie zawiera niejasności ani dwuznaczności. Bardziej – jak mówiłem – bulwersujący jest wątek maluczkich jako owiec przeznaczonych na rzeź: „Tak rzekł Pan do mnie: Paś owce przeznaczone na rzeź” (Księga Zachariasza 11, 4). Są to owce dla „handlarzy owiec”, dwie laski pasterskie nazywają się „Przychylność” i „Jedność”, łamiąc je, narrator zrywa przymierze zawarte ze wszystkimi ludami, tracą więc one jego przychylność i jego troskę o ich jedność, a co więcej w tym kontekście pojawia się „trzydzieści srebrników”, które znamy z Ewangeli według świętego Mateusza (26, 15) jako zapłatę dla Judasza za wydanie Jezusa: „I rzekł: Co mi chcecie dać, a ja go wam wydam? Oni zaś wypłacili mu trzydzieści srebrników”. U Zachariasza (11, 12-13) brzmi to zaś tak: „Wtedy rzekłem do nich: jeżeli uznacie to za słuszne, dajcie mi należną zapłatę, a jeżeli nie, zaniechajcie! I odważyli mi jako zapłatę trzydzieści srebrników. Lecz Pan rzekł do mnie: Wrzuć je do skarbca, tę wysoką cenę, na jaką mnie oszacowali! Wtedy wziąłem trzydzieści srebrników i wrzuciłem je w świątyni do skarbca.”

O co tu chodzi, jakie odniesienie ma ta historia z Księgi Zachariasza do historii Jezusa Chrystusa z ewangelii? Czy Judasz jest odpowiednikiem narratora z tej starotestamentowej księgi, czyli proroka Zachariasza, a Zachariasz sprzedaje owce przeznaczone na rzeź handlarzom, by pieniądze oddać Panu Zastępów, składając je w skarbcu świątynnym? Czy „maluczcy” to właśnie owce przeznaczone na rzeź? Wygląda na to, że tak – w świetle zacytowanego już zdania: „Ja zaś zwrócę swoją rękę przeciw maluczkim.” Jak w tym kontekście przedstawia się kościelna propaganda, zgodnie z którą „maluczki” jest pozytywnym wzorem osobowym? Czy jest to po prostu cyniczny interes z tajemniczymi „handlarzami owiec”, który prowadzi Pan Zastępów za pomocą swoich pomocników takich jak Zachariasz, któremu zresztą te owce szybko się uprzykrzyły (11, 8)? Dlaczego Jezus w Ewangelii Jana najpierw stara się uwiarygodnić siebie jako dobrego pasterza (10, 1-16), tak jakby polemizując z wersetami 11, 16-17 z Księgi Zachariasza o pasterzu nieużytecznym, a następnie uznaje, że dla dobra uczniów swoich musi odejść z tego świata (Jan 16, 7), żeby – gdy zabraknie pasterza – przestali być „owcami”, które idą za pasterzem, ale podjęli własny wysiłek duchowy, otwierając się na Ducha Świętego?

Nie trzeba chyba rozplątywać całego tego zagadkowego splotu, jaki stanowi nawiązanie w Nowym Testamencie do Księgi Zachariasza w kontekście wątku pasterza i owiec, żeby wyciągnąć jedynie słuszny wniosek:

Absolutnie nie należy być „maluczkim”, drodzy katolicy, to „kanał”, w który ktoś was cynicznie wpuścił!

Teraz dodam dwa komentarze księdza Jarka Kubackiego z Holandii. Pierwszy w związku z pytaniem, jakie mu zadałem z okazji tekstu „Cudowna przemiana Ojca Posackiego, czyli idzie Nowe”: A jak na tym tle przedstawiają się Twoje owieczki?

Odpowiedział tak: „Pomijając już nawet to, że chyba nigdy w życiu o nikim nie pomyślałem jako o ‚owieczce’ (chociaż skądinąd jest to ciekawy symbol), przede wszystkim czytam takie spory w dużym stopniu tak, jak bym był z innej planety. Zarówno podejście do zagadnień tu poruszanych jak i same zagadnienia są mi obce. Przed dojściem do wniosku, że jestem z zupełnie innej planety, chronią mnie dwa wątki: pytanie o Hegla i kabałę/teozofię Boehmego oraz wątek wschodnio-platoński. Pierwsza refleksja: Hegel wraca do łask i to mnie niesamowicie raduje, również jako teologa. Po drugie, właśnie przygotowałem sobie kilka artykułów do przeczytania na temat Hegla i kabały i nawet zacząłem czytać, ale do poparcia tezy Bielik-Robson mi jeszcze daleko. Na razie opowiadam się za Boehmem jako źródłem inspiracji Hegla, przy czym jestem zdania, że Hegel jednak podszedł do ‚teutonskiego filozofa’ nader wybiórczo. By ujrzeć oddziaływanie Boehmego w całej pełni, musimy jednak odwołać się jeszcze do paru innych myślicieli: Saint-Martina, Franza Baadera i całego wątku rosyjskiego (rosyjscy martyniści, Chomiakow, Sołowjow, Bjerdjajew i in.). I tu można od razu przejść do drugiego wątku, który mnie zaciekawił: platońsko-prawosławnego. Po raz kolejny obserwuję to samo zjawisko: jak zanurzenie się rzymskiego teologa w te tradycje ratuje z fundamentalizmu. Pomimo – skądinąd również szerzącego się i mającego się, niestety, nader dobrze – rodzimego fundamentalizmu prawosławia po raz kolejny weryfikuje się pogląd Nowosielskiego, że ‚katolicyzm lubi odpowiadać na pytania, a prawosławie lubi pytania bez odpowiedzi’. To właśnie widać w tym nowym wcieleniu o. Posackiego. Natomiast istotnie przeraził mnie ten inny ksiądz. Pytać o zasadniczą różnicę między Lurią a Boehmem to jak pytać, czy jest różnica między wdechem (cimcum), a wydechem…”

A oto jego komentarz do obecnego tekstu „Pobekiwanie owiec i milczenie pasterza”:

Nie jestem egzegetą, nie wejdę więc (przynajmniej na początek – może potem dyskusja mnie do tego skłoni) w dyskurs biblijny, tylko od razu ‚wezmę na warsztat’ Twoją konkluzję na temat ‚maluczkich’: ‚Absolutnie nie należy być „maluczkim”, drodzy katolicy, to „kanał”, w który ktoś was cynicznie wpuścił!’. Po przeczytaniu moja myśl uciekła najpierw ku słynnemu tekstowi Kanta ‚Was ist Aufklärung?’ i ku jego uskrzydlonemu pierwszemu zdaniu: ‚Aufklärung ist der Ausgang des Menschen aus seiner selbstverschuldeten Unmündigkeit’ (‚Oświecenie jest wyjściem człowieka ze [stanu] zawinionej przez niego samego niedojrzałości/ubezwłasnowolnienia’).

Nie ma tu czasu na szersze udowadnianie tej tezy, ale sama teza postawiona być musi – jako punkt wyjścia. Otóż, moim zdaniem, to samo można powiedzieć o misji Jezusa Chrystusa. Jej celem nigdy nie było tworzenie ‚chrześcijan’ (‚maluczkich’, ‚owieczek’) lecz dzielenie się Chrystusowym impulsem (tu się kłania Steiner), przez co ci, którzy wyruszą Jego drogą, staną się Chrystusami, osiągną stan świadomości Chrystusa. Kiedyś sporą popularnością cieszyła się książka pod intrygującym tytułem ‚Jeżeli spotkasz Buddę, zabij go’. Istotą jej przesłania było, że Buddy trzeba się koniecznie pozbyć, ponieważ stanowi on ostateczną przeszkodę na drodze do własnego oświecenia. Jest to dokładnie to samo, co Ty opisujesz słowami: ‚Dlaczego Jezus w Ewangelii Jana najpierw stara się uwiarygodnić siebie jako dobrego pasterza (10, 1-16), tak jakby polemizując z wersetami 11, 16-17 z Księgi Zachariasza o pasterzu nieużytecznym, a następnie uznaje, że dla dobra uczniów swoich musi odejść z tego świata (Jan 16, 7), żeby – gdy zabraknie pasterza – przestali być „owcami”, które idą za pasterzem, ale podjęli własny wysiłek duchowy, otwierając się na Ducha Świętego?’ Jak dla mnie, możesz spokojnie usunąć ten znak zapytania.

Osobiście dodam do tego inny cytat, z jednego z ciekawszych, acz mało znanych polskich myślicieli religijnych, który w ubiegłym stuleciu starał się odnowić tradycję braci polskich, Karol Grycz-Śmiłowski (ostrzegam, że będzie długi, ale warto, choćby z uwagi na niesamowity styl tej wypowiedzi!):

‚Jezus nie był teologiem. Nie podawał on systemu wierzeń, które trzeba przyjąć, aby uzyskać zbawienie. Jezus był natomiast genialnym religijno-społecznym działaczem. Religijność jego polegała na głębokim, mistycznym wyczuciu, że Bóg mieszka przede wszystkim w sercu człowieka i że ten, kto to sobie uświadomi, dokonać może nadzwyczajnych czynów. Tu leży źródło Jezusowej ,,wiary, góry przenoszącej”. Poczuł się ,,jedno z Ojcem”, najściślej z Bogiem złączonym. Jezus natomiast nigdy, choć mocno podkreślał autorytet swój, nie podawał się za Boga. Złączony ściśle z Bogiem, zrozumiał Jezus posłannictwo swoje, poczuł się Wysłannikiem Bożym, Mesjaszem-Chrystusem. Zadanie swoje widział w gruntownej zmianie ówczesnych pojęć religijnych. Chciał odwracać od ceremonializmu ku religijnemu pogłębieniu każdej jednostki, a przez to dążył do gruntowej przebudowy społecznej. Wyśnił przepiękną wizję nowego człowieka i nowego społeczeństwa, które sobie nareszcie uświadomi duchowe podstawy bytu i nie będzie już z ciemnych jaskiń złowrogich systemów wychodziło tylko na żer, ale do najszczytniejszych będzie zdążać sfer. Wiara ta była tak potężna, wizja tak wyraźna, że widział zbliżające się tuż, tuż na ziemię ,,Królestwo Boże”! Czasy były rzeczywiście przełomowe. Nad środowiskiem żydowskim, w którym działał, wisiał ciężki przełom (rok 70-ty), który miał zaważyć na życiu nowej jego religijnej społeczności, usamodzielnić ją i przez to stworzyć nową epokę. Wyczuł to Jezus i nie omylił się, choć zbyt jaskrawymi barwami, czy on sam, czy ewangeliści, ten przełom przedstawił. Przełom nastąpił, ale nie przyniósł tego, czego pragnął Jezus. Zawiedli ludzie! Tragedią wielkich ludzi jest zazwyczaj to, że nie pozostawiają po sobie odpowiednich następców. Jezus nieraz się skarżył, że go zrozumieć nie mogą jego uczniowie. Z potęgi religijnego natchnienia Jezusowego stworzyli oni nie ,,Królestwo Boże”, ale system teologiczny: z bohaterskiej śmierci Jezusa, który umarł w boju z klerykalizmem o wolność religijną człowieka, z jego ofiary miłości stworzyli późniejsi, począwszy od apostoła Pawła, ubłagalną ofiarę za grzech pierworodny i grzechy świata. To umożliwiło wprowadzenie na nowo ofiarnika – kapłana – pośrednika, który przerwał bezpośrednią łączność wolnego człowieka z Bogiem i zagasił źródło religijnego natchnienia, tak żywo bijące u Jezusa. Nauka Jezusowa była bardzo prosta. Zapytany o jej podstawę odpowiedział: ,,Jeden jest Bóg. Będziesz Go miłował z całego serca swego, ze wszystkiej siły i myśli swojej, a bliźniego swego jak siebie samego. Ważniejsze to niż całopalenia i ofiary! To czyń, a będziesz żył!” Nieśmiertelne Kazanie na Górze (Mat. 5-7), proste podobieństwa, oparte na zjawiskach przyrody i życia, streszczały cały światopogląd, poparty wzniosłym przykładem jego życia i nieustraszoną odwagą w boju z zacofaniem’.

Chrześcijaństwo zostało opanowane przez ludzi, którym wcale nie zależało na duchowej niezależności, na swobodzie własnych poszukiwań. Oni chcieli po prostu kolejnej religii, w imię której namaszczeni ‚pasterze’ będą prowadzić bezwolne/niedojrzale/unmündige ‚owieczki’ ku swoim celom! Czy postawą pierwszych ‚ludzi drogi’ (jak nazywano tych, których zainspirowała postawa Jezusa) była postawa pokornych ‚maluczkich’? Zazwyczaj tak się to przedstawia. Zupełnie inaczej widział to jednak niezwykle ciekawy holenderski teolog prof. Gustav A. van den Bergh Eysingha (1874-1957). Był on heglistą, przedstawicielem tzw. ‚radykalnej szkoły krytycznej’. Postać Jezusa traktował jako ‚historycyzację/uhistorycznienie mitu Chrystusa’, które miało miejsce w ogniu polemik między ‚mainstreamem’ i chrześcijaństwem gnostyckim. W swojej książce ‚Misterium Chrystusa’ poświęcił również ciekawy rozdział swojej wizji pierwszych gmin chrześcijańskich. Jego zdaniem postawa ich członków nie była bynajmniej postawą pokornych owieczek. O wiele bardziej charakteryzował ich pewien arystokratyzm, objawiający się m.in. rezerwą wobec świata zewnętrznego, jego porządków, zasad, kanonów. Ci ludzie mieli świadomość przynależności do społeczności ‚wiedzących’, świadomych, i była to świadomość niepozbawiona dumy. Niestety, nigdzie indziej nie spotkałem się jak dotąd z rozwinięciem tej tezy. A szkoda… To może tyle na razie. I tak się strasznie rozpisałem.

Reklamy

2 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s